W trzeciej rundzie walki o Ligę Europy Lech po raz pierwszy w historii zmierzył się z zespołem z Wysp Owczych. Rywalem był KÍ Klaksvik — i choć nazwa brzmiała jak losowanie z kapelusza, to Farerzy najpierw zafundowali Kolejorzowi wieczór pełen nerwów, a dopiero potem dostali lekcję futbolu.
Dwumecz zaczął się w Poznaniu, gdzie mistrz Polski długo tłukł głową w farerski mur, a skończył na Wyspach Owczych — po podróży, która sama w sobie zasługuje na osobny reportaż. Po drodze było spóźnienie, mgła, awaryjne lądowanie w Bergen i decyzja UEFA o przełożeniu meczu. Ale po kolei.
⚽ Pierwszy mecz · Enea StadionMęczarnie przy Bułgarskiej. Gol dopiero w 81. minucie
Mimo wysokiej stawki — bo to była walka o awans do rundy play-off, ostatniego etapu przed fazą ligową — przy Bułgarskiej pojawiło się ledwie 16 541 widzów. Do tego frekwencyjnego chłodu doszła kara: za odpalanie pirotechniki Kocioł został zamknięty, więc najgłośniejsza część trybun przeniosła się na trybunę Czapczyka. Konsekwencje spóźnienia drużyny poniósł też sam Niels Frederiksen — szkoleniowca Kolejorza zobaczyliśmy tego wieczoru nie na ławce, a na trybunach.
Na boisku obraz meczu był jednoznaczny i… frustrujący. Lech kotłował się pod bramką rywala niemal bez przerwy, ale farerska defensywa trzymała się długo, a między słupkami wyrósł bohater. Przełamanie przyszło dopiero dziewięć minut przed końcem: Yannick Agnero wyszedł sam na sam po podaniu Mikaela Ishaka i tym razem nie zmarnował okazji. 1:0 w 81. minucie — zaliczka minimalna, ale jak się później okazało, w zupełności wystarczająca.
Bo to był festiwal nieskuteczności. Przy takiej przewadze i takiej liczbie sytuacji wynik powinien być dwucyfrowo bezpieczniejszy — a Lech do 81. minuty rozbijał się o postawę golkipera gości.
Statystyki — do wyboru
Walka o mecz zaczęła się dużo przed pierwszym gwizdkiem
Zanim sędzia dał sygnał do gry, Lech stoczył swoją pierwszą batalię — z pogodą i logistyką. Kolejorz za pierwszym razem w ogóle nie doleciał na Wyspy Owcze: warunki na lotnisku Vágar uniemożliwiły lądowanie, więc samolot zawrócił jeszcze w trasie, na wysokości Norwegii, i został przekierowany do Bergen. Tam ekipa przeczekała najgorsze, a druga — udana — próba dolotu zakończyła się dopiero po godzinie 16 czasu lokalnego.
Rozwiń kalendarium podróży ✈️ ›
Stres, zmęczenie i cała ta „przygoda" nie były Lechitom na rękę — za to Farerom dawały realną nadzieję, czego rzecz jasna sobie życzyli. Niejeden wieszczył już walkower, ale ostatecznie UEFA przełożyła spotkanie na piątek, powołując się na nadzwyczajne okoliczności. Kolejorz dostał dobę na dojście do siebie.
I dobrze, bo w mecz nie wszedł najlepiej. Już w 6. minucie gospodarze uderzyli w słupek — i tylko on uchronił Lecha przed prawdziwą nerwówką. A jak wiadomo, takie sytuacje potrafią się zemścić: całkiem szybko Kolejorz wykorzystał własną okazję. W 20. minucie Allahyar Sayyadmanesh z bliska wpakował piłkę do siatki i pierwsza połowa zakończyła się skromnym 0:1.
Druga połowa — festiwal skuteczności
To, czego zabrakło w Poznaniu, wylało się z Lecha po przerwie. Bramki zaczęły wpadać jedna po drugiej:
Sayyadmanesh, Kozubal i Wålemark skończyli mecz z dubletem gol+asysta, a Farerzy — po znakomitej pierwszej godzinie w dwumeczu — kompletnie się rozsypali. Tym samym Lech zameldował się w rundzie play-off eliminacji Ligi Europy, gdzie o awans do fazy ligowej zagra ze szwajcarskim FC Thun.
📊 Cały dwumeczDwa ataki obok siebie
Najlepiej różnicę widać w zestawieniu. Lech oddał w dwumeczu aż 38 strzałów i strzelił 6 goli; Klaksvik — 16 prób i ani jednej bramki. Oba koła mają te same kolory, więc porównuje się je jednym rzutem oka.
- 16 celne
- 18 niecelne
- 4 zablok.
- 4 celne
- 8 niecelne
- 4 zablok.
Dane zbiorcze z obu meczów (Flashscore + Sofascore; suma strzałów Lecha wg UEFA).